Arjano Navi Team - Rzeszów

Jedziemy integrować się do Medyni Głogowskiej. Miłośnicy motoryzacji i nie tylko, zrzeszeni w naszym Automobilkubie postanawiają tym razem powalczyć z kołem ...garncarskim. Na zaproszenie pana Tadeusza ruszamy do zagrody garncarskiej. Krótka jazda wynajętym autokarem i spragnieni integracji wysypują się przed starą chatą garncarza. Cała zagroda posiada jeszcze stodółkę, piec do wypalania gliny i wiatę, w której już czekają na nas proziaki z miodem. Po krótkim powitaniu rzucamy się na te egzotyczne dla niektórych wypieki. Część z nas je zna, choćby z domu babci.

01

02

03

Gospodarz zaprasza na krótkie zwiedzanie chaty, oglądamy pomieszczenia, izbę kuchenną z piecem, stare sprzęty, naczynia, narzędzia. Przewodnik opowiada ze swadą, pokazuje do czego używało się kolejne sprzęty, jest wesoło. Mała Dominika zaskakuje gospodarza doskonałą znajomością historycznych narzędzi i naczyń. "Tu się muchy topiło, taka pułapka, widziałam w skansenie, tata, jaki to skansen był?" Za moment znowu jako pierwsza rozwiązuje zagadkę dot. prawideł do ściągania butów. Gospodarzowi opada szczęka, teraz Dominika na długo zagości w jego sercu.

04

05

Teraz pora obejrzeć piec, to tu wypalana jest cała produkcja dzbanków, misek, waz i glinianych kubków. Przerywamy oglądanie, bo gospodynie wołają nas już na gorący bigos i zapiekankę z ziemniaków z boczkiem. Ta ostatnia właśnie ukończyła swój szlif na ognisku. Jest gorąco, nie bardzo nam się chce jeść, ale potrawy są smaczne, więc próbujemy, co się da.

06

07

Za moment wychodzimy do prywatnego muzeum pani Władki. Cała chałupa zasypana jej wyrobami z gliny. Tu świątki, tu tematyka rolna, oracz, matka - polka z dzieciakami, za moment elementy patriotyczne, orły, krzyże i na szczęście niezależne koniki, owieczki i dzikie żabo-psy. Gospodyni jest jedyną garncarką w Medyni, rzemiosłem parali się raczej mężczyźni.

06

07

Wracamy do zagrody, oj, nudzić się dzisiaj nie będziemy, gospodarz - garncarz uruchamia koło garncarskie i pokazuje jak kiedyś wyrabiało się gliniane cuda. Obserwujemy jego poczynania, na pierwszy rzut oka praca wydaje się prosta. Wystarczy ubabrać się gliną, złożyć rączki, uruchomić koło i dzbanuszek już sam rośnie. Nie ma lekko. Rzemiosła trzeba się nauczyć, by wyroby zachwycały potrzebna jest i odrobina talentu. Nie ma nic za darmo...

06

07

06

07

Teraz pora na nas, próbujemy działać wg wskazówek mistrza, jednak rezultaty są mizerne. Glina urasta w jakieś dziwne kształty, po prostu żyje! Jedynie w produkcji ucha do dzbanka Bożka wykazuje pewne uzdolnienia. Kończymy pokaz ubabrani gliną, dobry humor nas nie opuszcza.

06

07

07

Koniec pokazu, bobry czekają! Jedziemy do lasu, nad jeziorka, oglądamy żeremia bobrów, ich jamy oraz spustoszenia jakich dokonały w lesie. Setki drzew podciętych i zwalonych. Przydadzą się na tamę! Sprawdzamy wielkość wiórów leżących przy jednym z drzew - te zęby muszą być potężne. Spacer po lesie ożywia umysły, część z nas już bowiem znieczuliła się napojem o barwie bursztynu. Wracamy, na ognisku skwierczą kiełbaski, dobrze, że zdążyliśmy już trochę spalić kalorii. Rzucamy się na gliniane miski, nie obywa się tu bez "incydentu". Porwana zostaje prywatna karkówka Józka - trudno, mógł sobie ją podpisać - a tak poległa na ołtarzu integracji... Józiu! Dzię-ku-je-my, mniam, mniam, mniam.

06

07

07

Nad zagrodą zbierają się czarne chmury, idzie burza. Gospodarz pomyślał o wszystkim, zamówił nawet błyskawice. Ściana deszczu oddziela nas w wiacie od otaczającego świata. Nie przeszkadza nam to. Ożywcza bryza chłodzi rozgrzane głowy. Pojedli, popili, to teraz pośpiewamy! Na pierwszy rzut idą przyśpiewki ludowe, dobrze, że mamy dwóch wodzirejów, którzy ciągną pierwszym głosem. My staramy się im wtórować. Nuta folkowa, lekko jazzująca, z rustykalnym wybrzmieniem i elementami bluesa i house-dance'u. Repertuar mamy szeroki, wchodzimy na rocka i piosenki zaangażowane. "Nie bede nie bede na piasku dawała" przeplata się z "Parostatkiem" i "Autobiografią".

06

07

07

W tym otoczeniu jednak przyśpiewki ludowe brzmią prawdziwiej, my ograniczamy się do akcentowania kolejnych zwrotek donośnym "hej". My do nich: "Ech dziewczyno, ty mnie nie znasz, od Rzeszowa jestem bednarz". Na to drugi stół z Józiem jako zapiewajłą intonuje "Wiła wianki rzucała je do falującej wody". Repertuar mamy szeroki, lecz pora już wracać do domu. Stoły bowiem lekko opustoszały...

06

07

Pakujemy się do autokaru, taskamy ze sobą samodzielnie zrobione dzbanki i miseczki. Jedziemy! W międzyczasie pada z ust pana Józka złota obietnica. Ruszać, ruszać do Stobiernej! W Stobiernej STOP! Józio zaprasza cały autobus do siebie. To jest gest! Wąskimi dróżkami dojeżdżamy ku celowi. Przypominają mi się kadry z filmu "Niespotykanie spokojny człowiek", gdy cały autobus został porwany na wesele. A tu poczęstunek, pomidorki, wędlinka i okowitka. Nie zwlekamy, za moment strzemiennego i "nie płacz, kiedy odjadę"...

06






powrót do strony głównej




Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła